Najlepszy teledysk na świecie
Są takie filmy, o których można bardzo łatwo opowiedzieć. Wystarczy pokrótce przedstawić okoliczności ich powstania, zaprezentować w skrócie podstawy scenariusza, opowiedzieć jak to zostało wyreżyserowane i zagrane, a na koniec wyliczyć wady i zalety… Wiem, to straszne uogólnienie, ale musicie mi je wybaczyć. Dlaczego? Bo „Pink Floyd The Wall” takim filmem z całą pewnością nie jest.
O ile ekranizacja literatury to zabieg typowy i ogrom filmów opiera się na książkach, dramatach, czy opowiadaniach, o tyle nieczęsto przenosi się na wielki ekran płytę. Na ogół kolejność jest prosta: muzyka jest dopełnieniem fabuły, budowniczym klimatu i uzupełnieniem historii. „Mur” (czy też „Ściana”, jak chcieli polscy tłumacze) odwrócił proces tworzenia filmu. Najpierw było muzyczne „The Wall” grupy Pink Floyd z 1979 r., a 3 lat później film Alana Parkera. Nieczęsto mamy do czynienia z tego rodzajem przenikaniem się mediów, ale z drugiej strony nieczęsto powstają muzyczne albumy, które opowiadają konkretną historię, a nie są wyłącznie zbiorem oddzielnych piosenek.
Można by więc powiedzieć, że film Parkera to wyłącznie rozbudowany teledysk. Dialogi występują w nim w formie szczątkowej, muzyka gra niemal bez przerwy. Ale za to: jaka muzyka! Ścieżka dźwiękowa „Ściany” to praktycznie cała płyta Pink Floydów (jedna z najsłynniejszych w historii, a zdaniem wyżej podpisanego – najlepszych), z pominięciem dwóch utworów, ale za to z dwoma piosenkami nieobecnymi na krążku. Filmowe ilustracje do genialnego dźwięku mają zaś dwoisty charakter: są to scenki aktorskie z Bobem Geldofem w roli głównej oraz – przez około 15 minut – animacje. Animacje niesamowite, symboliczne, klimatyczne i współgrające z muzyką w sposób wręcz idealny. Żadne sceny bombardowań nie komponowałyby się z „Goodbye Blue Sky” lepiej, niż rysunkowe obrazy ze „Ściany”.
Filmowe „The Wall” pozwala zrozumieć poruszone na płycie zagadnienia w sposób łatwiejszy i dokładniejszy, niż muzyczny oryginał. Na pewno jednak nie można powiedzieć, że obraz jest lekki w odbiorze. Głównym bohaterem filmu jest Pink, gwiazdor rockowy o niebagatelnym zasobie doświadczeń. Jego ojciec zginął na wojnie, system edukacji konsekwentnie go gnębił, a stosunki z kobietami nigdy nie układały się najlepiej. To podstawowe fakty, które możemy wyciągnąć z filmu, ale żaden narrator nie zrobi tego za nas – „Ściana” jest zbiorem niechronologicznie zaprezentowanych scen, do samodzielnego uszeregowania i zinterpretowania przez widza. Z dodatkiem mnóstwa symboli, często czytelnych tylko dla znawców historii zespołu.
Film Parkera jest – pod względem klimatu – niejednolity. Czym bliżej do ostatniej sceny, tym bardziej zagęszcza się atmosfera. Są w „Ścianie” sceny piękne, są spokojniejsze i luźniejsze, są wręcz hipnotyzujące (zwłaszcza z Pinkiem przemawiającym do tłumu w roli faszystowskiego dyktatora), ale są też psychodeliczne i groźne. Dzięki temu trzyma w napięciu i nie nudzi, podobnie, jak muzyka Pink Floydów.
No właśnie – przy okazji mojej pierwszej notki na filmasterze wcale nie silę się na obiektywizm. Jestem absolutnie przekonany, że ocena „Ściany” jest uzależniona od osobistego stosunku do grupy Pink Floyd. Ludzie, którzy nie lubią nieco psychodelicznej muzyki tego zespołu, od „Ściany” powinni trzymać się z daleka. Osoby mniej zdystansowane, mogą obejrzeć ten film – choć nie sądzę, by przeżyły zachwyt. Jeśli zaś ktoś uważa Pink Floydów za jeden z lepszych zespołów w historii muzyki, każda sekunda filmowej „Ściany” powinna być dla niego spełnieniem artystycznych marzeń.
„The Wall” nie jest zwykłym filmem – jest widowiskiem, łączącym w sobie trzy różne żywioły. Nie ma sensu rozbierać tego obrazu na czynniki pierwsze i porównywać ze sobą jego walory filmowe i muzyczne… „Ściana” to jednolite, doskonałe dzieło, które w mojej maksymalnie subiektywnej skali ocen zasługuje na dziesiątkę.


Aquilla
"z drugiej strony nieczęsto powstają muzyczne albumy, które opowiadają konkretną historię, a nie są wyłącznie zbiorem oddzielnych piosenek."
Tu bym polemizowała - może nie jest to bardzo częsty zabieg, bo taką płytę dużo trudniej stworzyć, ale istnieje całkiem ładna grupka płyt stworzonych w tym stylu. Jest na to nawet nazwa - album koncepcyjny.Album koncepcyjne mogą opowiadać historię, tak jak the Wall, albo trzymać się jednego tematu, tak jak płyta Johnny'ego Casha o Wielkim Kanionie. Albumy koncepcyjne, z większym lub mniejszym sukcesem, tworzyli The Doors, Jimmi Hendrix, Beach Boys, Genesis (bardzo dobry The Lamb Lies Down on Broadway), My Chemical Romance, Rick Wakeman, Dawid Bowie, w Polsce Lao Che, a poza nimi jeszcze wielu innych. Pink Floydzi nie byli nawet pierwszym zespołem z filmem na podstawie płyty. Polecam film Yellow Submarine Beatlesów - to ten sam koncept, tylko że tam odrobinkę więcej mówią, bliżej mu do musicalu niż do Rock Opery. Więcej info w artykułach na polskiej i angielskiej Wikipedii
W niczym nie umniejszam zasług Pink Floydów, zaznaczam tylko, że nie oni to wymyślili ;)
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook